W tym roku kwiecień zaingaurowałam wizytą w Szkocji u mojego serdecznego przyjaciela. Ilekroć patrzę na poniższe zdjęcie przypominają mi się sceny z filmu „Jeden dzień”, który częściowo był realizowany w Edynburgu. Płaczę na nim jak dziecko za każdym razem jak najdzie mnie ochota na oglądanie. Polecam, ale i uprzedzam nie jest to arcydzieło kinematografii :)
W tle malowniczy zamek w Edynburgu. Ze szkoły pamiętam nudne „czytanki” na angielskim, maglujące ciągle ten sam zamek. Fajnie było w końcu zobaczyć na żywo o co tyle szumu.
Piękne okna w lanserskim Starbuck’sie.
A tutaj Glasgow:
Moja męska bratnia dusza dbała o to, żebym rano na czas dostała tosta z masłem orzechowym i sok pomarańczowy za co jestem bardzo wdzięczna! Niestety pobyt w Szkocji szybko się skończył a ja nie mogłam zabrać słoika cudownego masła orzechowego ze sobą, bo obowiązywały restrykcje, dotyczące bagażu podręcznego. Po powrocie do Polski niestety – nigdzie nie mogłam znaleźć masła, które byłoby masłem a nie kremem orzechowopodobnym ze składem długim jak 13 księga „Pana Tadeusza”. Tak zaczęły się eksperymenty z blenderem i orzechami.
Składniki:
200g orzechów ziemnych niesolonych lub solonych (jeśli niesolone dorzućcie troszkę soli do smaku)
(ewentualnie! gorzka czekolada/sezam – dlaczego „ewentualnie” wyjaśnię pod koniec wpisu)
Kot jest zbędny ;)
Wykonanie:
Banalne!
1. Orzechy wyciągamy z opakowania… James nie mógł odpuścić i wiernie obserwował przygotowania masła orzechowego.
2. Orzechy prażymy na patelni kilka minut. UWAGA! nie spalcie ich, bo krem będzie gorzki. Spalone orzechy są czarne i śmierdzą (nie to żebym wiedziała coś na ten temat z autopsji;) Na pewno zauważycie, jeśli tak się stanie i niestety pracę należy zacząć od nowa.
3. Wrzucamy orzechy do blendera i jeśli macie ochotę mieć w maśle „chrupiące” kawałki orzechów to na tym etapie odłóżcie trochę do osobnej miseczki.
4. Po około 15-20 minutach ciągłego miksowania (nie zniechęcajcie się to długo trwa!) mamy krem! Jeśli odkładaliście orzeszki w trakcie mielenia, to możecie je wymieszać teraz z gotowym kremem lub posypać nimi tosty.
5. Najlepiej smakuje na grzance. Jeśli tak jak ja, nie macie tostera możecie podgrzać kromkę na patelni.
6. Zanim stwierdziłam,że najlepsze masło orzechowe jest z samych orzechów próbowałam pewnych modyfikacji:
Dodałam cukier puder, masło było takie mdłe,że wypiłam wodę z ogórków, poprawiłam pomidorem z solą i nalewką z orzecha a mimo to czułam się fatalnie zasłodzona. NIE popełniajcie mojego błędu.
Dodałam też ziarna sezamu i olej sezamowy. Smak stał się z kolei lekko gorzkawy. Jeśli lubicie sezam można próbować, ale nie za dużo.
Faworytem okazała się być gorzka czekolada z orzechami. Krem jest słodki, ale nie za słodki (pamiętajcie, że moja tolerancja słodkości jest przesunięta;)
Niemniej jednak finalnie stwierdzam,że najlepsze jest „czyste” i bez dodatków.
7. A oto jak prezentował się efekt końcowy.
Smacznego :)!














Zdecydowanie nie mogę się zgodzić, że kot jest zbędny! Kot absolutnie niezbędny! ;)
a przepis wygląda bardzo smakowicie:)
To prawda bez kota się nie udaje..;(
Domowego jeszcze nie robiłam, czas spróbować.
Wstyd się przyznać ale chyba nigdy tak na serio nie jadłam kanapki z masłem orzechowym :P Bardzo dawno temu próbowałam paluchem ze słoika ;) Pora nadrobić zaległości ;)
Czuję presję ;) oby przepis się sprawdził ;)
Dobrze jest zrobić więcej i dodać do kurczaka na przykład. Przepis niebawem ;)