Chętnie wracam na Węgry… Choć na razie był to mój pierwszy wyjazd w tamte strony, zdążyłam powrócić tam już kilkukrotnie… Przeglądam zdjęcia, przywołuję wspomnienia, jem przywiezione smakołyki i staram się odtworzyć tamte smaki. Pierwszy smak, który zachowam w pamięci na długo są Langosze… Ta przekąska podbiła nasze serca (i kubki smakowe ;) . Serwowane z ulicznej budki, podane na kartce papieru, podane z miejscowym serem kozim – tak właśnie powitał na s kulinarny Budapeszt. W zeszłym tygodniu przygotowałam je na rodzinną kolację, starając się jak najlepiej odtworzyć, i smak ciasta, i dodatki do placków. W smaku przypominają racuchy, bliny. W środku miękkie, wilgotne, puszyste, na zewnątrz chrupiące.
Zacznę od przepisu, by później zabrać Was w krótką podróż po tym cudownym mieście…
Składniki:
(u mnie na 10 średniej wielkości placków)
– 4 ugotowane ziemniaki
– 500 g mąki pszennej
– 250 ml mleka
– 35 g drożdży świeżych
– szczypta soli (trochę mniej jeśli posoliliście ziemniaki,trochę więcej jeśli nie)
– szczypta cukru
– 1 l oleju (do smażenia)
Dodatki:
– pół sera feta
– 2-3 łyżkami gęstego jogurtu
– 2 większe cebule
– 300 g boczku wędzonego parzonego
– 200 g żółtego sera
Wykonanie:
Ugotowane ziemniaki (mogą być z obiadu), rozgniatamy w większej misce. Mleko lekko podgrzewamy (ma być letnie nie gorące), dodajemy drożdże i cukier, mieszamy.

Do ziemniaków partiami dodajemy mleko z drożdżami i mąkę oraz szczyptę soli. Najpierw w misce a później na blacie wyrabiamy ciasto, tak jak na drożdżowe.

Kule ciasta przekładamy do miski podsypanej mąką. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na ok godzinę.

Kiedy ciasto rośnie możemy przygotować dodatki. Ja przygotowałam aż 4 różne, które jedliśmy na langoszach podczas naszych wakacji.
Pokrojony w paski boczek podsmażamy na suchej patelni.
Cebulkę podsmażyłam na łyżce oleju, lekko solimy. Kiedy się zrumieni podlewamy lekko wodą i przykrywamy, co jakiś czas mieszając.
Fetę kruszymy i mieszamy widelcem z jogurtem, dokładnie rozcierając.
Żółty ser ucieramy na tarce na drobnych oczkach.

Wracamy do ciasta. Mnie sporo podrosło, aż w pierwszym momencie się troszkę przeraziłam ilością ;) Ciasto wykładamy na blat, przegniatamy z mąką, by lekko przestało się kleić. Ciasto w konsystencji nie będzie zbyt zbite. Dzielimy na mniejsze części i formujemy palcami plaski – nie za grube nie za cienkie.

Do rondla lub większego garnka wlewamy olej i rozgrzewamy do temp. 180º C. Na gorący tłuszcz wrzucamy placki i smażymy na rumiano z obu stron.

Na gorący placek nakładamy wybrane dodatki. U nas woleliśmy wersję na słono, ale wiem że także jada się na słodko, np. z cukrem pudrem lub serkiem waniliowym.

A teraz kilka zdjęć z naszego pobytu w Budapeszcie. Zdecydowanie zdominuje je tematyka kulinarna (ciekawe dlaczego ;). Mieliśmy okazje trafić na węgierskie święto narodowe – Dzień Św. Stefana, jednego z patronów Węgier. Już 2 dni wcześniej rozpoczęła się uliczna zabawa. Wzdłuż Dunaju, po stronie Budy stanęły stragany, grille i namioty, w których Węgrzy prezentowali swoje specjały. Nie zabrakło oczywiście węgierskiego gulaszu i leczo w wieeelkich kotłach ;)

Węgierskie precle – na słono i słodko.

Wspaniałe konfitury. Oczywiście śliwka w roli głównej :)

A tutaj węgierski przysmak. Ciasto drożdżowe w paskach, nawijane na sztyce, oblepione cukrem i cynamonem. Upieczone nad rozżarzonymi węgielkami… Wspaniałe!!! Na Węgrzech nazywa się je kürtöskalács. Widziałam je kiedyś w Krakowskim rynku i nazywały się bardziej swojsko, bo kołacze. Koniecznie spróbujcie, najlepiej gorące ;)

Kolorowy stragan suszonych i kandyzowanych owoców…

A tutaj moje pamiątki: Tokaji Aszu, olej słonecznikowy z przyprawami , miód lawendowy, kiełbasa surowa baaardzo ostra (niestety nie pamietam nazwy) oraz pasty – paprykowa i gulaszowa. Na zdjęciu nie ma ooogromnego arbuza, który jadaliśmy codziennie, zupełnie inny niż u nas – słodszy, chrupiący, pachnący słońcem. Przywiozłam ze sobą także worek papryki, którą w większości rozdałam rodzinie, bardzo ciekawej czym różni się ona w smaku od tej hodowanej w Polsce. Z tego co mi zostało przygotowałam peperoniatę z kurczakiem, podałam z ryżem. Było pysznie!

Tutaj wspaniała Centralna Hala Targowa Vásárcsarnok. Świeciły mi się oczy do wszystkiego :)

Niezapomniane widoki :) Tęsknię…

Czemu nie mieszkasz bliżej!! Oo i jest „mój” miód lawendowy! mniam!
Śliczne zdjęcia. Niestety, na Węgrzech byłam jako małe dziecko i niewiele pamiętam. Muszę się tam ponownie wybrać.
Dzięki Magdo :* Węgry są wspaniałe i polecam je gorąco ;)
nie wiem czemu dale zrobilam tego langosza i troche jestem rozczarowana, przypomina racuchy tak moja rodzina uznala ze zaserwowalam racuchy.. nietsety oryginalny langosz na Wegrzech smakuje inaczej, nie przypomina w smaku racuch.. oni jednak mają cos w przepisie o czym my nie wiemy….